Mieliście tak kiedyś, że cierpicie z powodu niebytu jakiejś osoby?
A co jeśli widzieliście się z nią 10 minut temu?
Czy to już obsesja? Choroba psychiczna? Uzależnienie?
Wczoraj czytałam, że nie można uznawać miłości za uzależnienie bo uzależnienie jest złe i powinno się je leczyć. Ale kiedy to "uzależnienie" nie jest wcale szkodliwe.
Daje mi dużo szczęścia, radości... nadaje sens mojemu życiu.
Wiecie jak to jest w życiu się trochę pogubić? Że sodówka uderza do głowy i nagle uznajemy, że jesteśmy bogami imprez, nasza głowa nigdy nie zesłabnie od alkoholu a chwianie się na nogach jest oznaką zajebistości. Zdarzało się najlepszym (tak to sobie tłumaczę), zdarzyło się i mi. Bardzo cieszy mnie fakt, że znalazła się osoba, która wyciągnęła mnie z tego, która pozwoliła mi sobie uświadomić, że to co robię wcale nie jest takie super jak mi się wydaje. Inaczej... co sobotę impreza, klub, alkohol, zielsko, co jeszcze tego nikt nie wie. Udało mi się z tego wyleczyć. Ale wszystko miało swoją cenę. Tym samym straciłam grupę przyjaciółek. Wykruszyłam się. Nie interesowały mnie już imprezy, to je nie interesowałam moja osoba. Przeżyłam. Szkoda ale przeżyłam.
Wiecie co? Teraz jest o stokroć lepiej. Nie mówię, że imprezy są złe... ale trzeba znać umiar, którego ja się nauczyć nie potrafiłam - do czasu. Z tego miejsca bardzo Ci dziękuję za to wszystko(chociaż wątpie iż dam Ci to przeczytać), nie wyobrażam sobie życia tak pustego jak było wcześniej. Widocznie musiało stać się coś okropnego, bym sobie uświadomiła jakie mam priorytety i zobaczyła co jest dla mnie tak naprawdę ważne, a tym czymś a raczej kimś jest ON. Mój bohater i wybawiciel.
